Dwa dni jazdy i wreszcie cel podróży
Restauracje w Rzeszowie |Masaż Szczecin |przynęty
„Dwa dni jazdy i wreszcie cel podróży. Jedna z ostatnich oaz na południu Maroka — Erfoud Tafilelt. Gęstwina palm daktylowych. Gałęzie uginające się pod ciężarem dojrzewających kiści. Arabskie zabudowania, wzniesione, a raczej ulepione z gliny. Koszary Legii Cudzoziemskiej, francuskie bistro. Za wysokim murem jakaś bardziej okazała budowla. Ponoć siedziba „terenowych" żon sułtana. Tuż przy oazie rozlewisko wypływającej z piasków i ginącej w nich rzeczki. O dziwo, trafiały się tam rybki. Sam je łowiłem na prowizoryczną wędkę. Raz nawet złapałem małego żółwia...
Zakwaterowano nas w pomieszczeniach koszarowych opodal owego „sułtańskiego" seraju, którego władca podobno nigdy nie odwiedzał. Wiedziony ciekawością, podobnie jak moi koledzy, chciałem się dowiedzieć, co właściwie dzieje się za tajemniczym murem i strzeżoną przez arabskich funkcjonariuszy sułtana bramą. Był tam piękny ogród. Wśród krzewów pojawiały się czasem spacerujące niewiasty. Twarze przesłonięte białymi lub różowymi czarczafami z muślinu. Były też i kwiaty, ale nic mi nie wiadomo, czy któryś z Polaków zdołał zerwać choćby jeden z nich.
W Erfoud nikt nas już nie pilnował. Dokoła przecież piaszczysta pustynia, najbliższa woda o ponad sto kilometrów. Raz lub dwa razy w tygodniu terenowy samochód przywoził pocztę, oczywiście nie dla nas. Innej łączności ze światem zewnętrznym właściwie nie było. Trudno w takich warunkach choćby marzyć o ucieczce. Wydawało się, że przesiedzimy tu do końca wojny.“(2)
żarówki samochodowe |Perfumy na wyjście |Biurka
„Dwa dni jazdy i wreszcie cel podróży. Jedna z ostatnich oaz na południu Maroka — Erfoud Tafilelt. Gęstwina palm daktylowych. Gałęzie uginające się pod ciężarem dojrzewających kiści. Arabskie zabudowania, wzniesione, a raczej ulepione z gliny. Koszary Legii Cudzoziemskiej, francuskie bistro. Za wysokim murem jakaś bardziej okazała budowla. Ponoć siedziba „terenowych" żon sułtana. Tuż przy oazie rozlewisko wypływającej z piasków i ginącej w nich rzeczki. O dziwo, trafiały się tam rybki. Sam je łowiłem na prowizoryczną wędkę. Raz nawet złapałem małego żółwia...
Zakwaterowano nas w pomieszczeniach koszarowych opodal owego „sułtańskiego" seraju, którego władca podobno nigdy nie odwiedzał. Wiedziony ciekawością, podobnie jak moi koledzy, chciałem się dowiedzieć, co właściwie dzieje się za tajemniczym murem i strzeżoną przez arabskich funkcjonariuszy sułtana bramą. Był tam piękny ogród. Wśród krzewów pojawiały się czasem spacerujące niewiasty. Twarze przesłonięte białymi lub różowymi czarczafami z muślinu. Były też i kwiaty, ale nic mi nie wiadomo, czy któryś z Polaków zdołał zerwać choćby jeden z nich.
W Erfoud nikt nas już nie pilnował. Dokoła przecież piaszczysta pustynia, najbliższa woda o ponad sto kilometrów. Raz lub dwa razy w tygodniu terenowy samochód przywoził pocztę, oczywiście nie dla nas. Innej łączności ze światem zewnętrznym właściwie nie było. Trudno w takich warunkach choćby marzyć o ucieczce. Wydawało się, że przesiedzimy tu do końca wojny.“(2)
żarówki samochodowe |Perfumy na wyjście |Biurka